Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi
Coś dla fanów fantastyki
Muzyka
Różności
|
Rudzielcowanie- rzeczywistość pod okiem złośliwca.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Złośliwiec złagodniała...
Stało się rawdziwe nieszczęście! Lady Złośliwiec- Rudzielec Złagodniała! Tak powinny krzyczeć nagłówki gazet piszących o złośliwcach płci wszelakiej. Stało się, wraz z rosnącym brzuszkiem maleje też moja złośliwość. Ciekawe czy ilość jadu maleje wprost proporcjonalnie do rosnącego brzuszka?? Nie wiem. Zauważyłam, że nagle mam świętą cierpliowść do kocich psot, do ludzkiej głupoty, do nieprzewidzianych wydarzeń. Nie wściekam się na drodze, nie klnę jak szewc. Nawet mąż zauważył, że od jakiegoś czasu moje ironiczne poczucie humoru przestało kłuć w oczy. Wychodzi na to, że po latach bycia wrednym rudzielcem nagle stałam się ucieleśnieniem macierzyńskiego ciepła<Matką Polką-idolką niemalże<apage!, to do mnie nie pasuje!>>. Z radością biegam po dziecięcych sklepach, szukam wyprawki dla synka. A kolejne upolowane skarby znosze do domu i niczym smoczyca troskliwie ukrywam w zakamarkach szafy. Co kilka dni wyciągam z półek cały ten kram i starannie przeglądam, sortuje i notuje czego jeszcze potrzebuje mała istotka. I tylko wściekam się na społeczną nieczułość i agresje jaką wiele starszych kobiet okazuje młodym ciężarnym. To smutne, bo wiele razy zostałam poszturchnięta lub "nieumyślnie" poszkodowana przez energiczną paniusię w wieku Balzakowskim. To nie moja wina, że maluszek rośnie i mój brzuch zajmuje więcej miejsca niż dotychczas. Nie dopraszam się o przepuszczenie w kolejce, o miejsce siedzące. Staram się radzić sobie bez tego. I wściekam się, kiedy na zasypanym parkingu ja odkopię sobie wyjazd, a za kila chwil jakiś męski cwaniaczek wjedzie na gotowe. Chociaż ostatnio załatwiłam wygodnickiego. Na dworze mróz, ciemnawo. Wyszłam odpalić auto<testuję nowy akumulator w warunkach zimowych>, a przy okazji wzięłam łopatę i zaczęłam odśnieżać sobie wyjazd. Stanął taki cwaniaczek z włączonym kierunkiem i czekał aż skończe i wyjadę mu z pięknie odśnieżonego miejsca. Owszem skończyłam. A potem włączyłam silnik, zamknęłam auto i z dziką satysfakcją obserwowałam jak koleś wściekły pojechał na inne miejsce:D Bo jednak nadal mam w sobie coś ze złośliwca;)
poniedziałek, 20 września 2010
Chaos kontrolowany
Mam za dużo na głowie. Ślub, wyprawka dla maleństwa, mercedes E klasy w warsztacie (czekam i czekam na info na kiedy będzie gotowy), i remont w bliskiej perspektywie. Zdecydowanie za dużo jak na ciężarna bez samochodu. Kupić ubranka, wózek, łóżeczko, wanienkę. Zrobić listę gości na cywilny, zamówić zaproszenia, poszukać sukienki, wybrać muzykę. Sprężyny do amortyzatorów, głowica do silnika, uszczelka. Farby, panele i spotkanie z fachowcem...Szaleństwo. Ślub- bez pompy i fanfaronady. Skromny, cywilny w obecności zaledwie kilku bliskich osób. Legalizacja czegoś, co trwa już od dłuższego czasu. Papierek potrzebny tylko po to żeby uporścić niektóre procedury w naszym kraju. Moja prywatna forma buntu przeciwko dulszczyźnie- nie wezmę hucznego ślubu, nie zaproszę setki gości, nie ubiorę białej sukienki, welonu i wianka. Nie będę nikomu opowiadała bajek o niepokalanym poczęciu albo o wcześniaku. Dziecko było planowane, ślub wyskoczył przez przypadek. Wyprawka dla malucha. Nie szaleć nie szaleć, nie szaleć! Wystarczy kilka poptrzebnych rzeczy a nie cała sterta niepotrzebnych gadżetów. Zamiast tego wolę urodzić po ludzku w dobrej, prywatnej klinice. W styczniu ustalimy z lekarzem co i jak. Na razie decydujemy się na naturalny poród w dobrej klinice. I uzeramy się z codziennymi ostrymi mdłościami. Już poczatek piątego miesiąca, dawno powinnam zapomniec o mdłościach a tymczasem mdli mnie codziennie. Nie mogę patrzeć na obiady. Anemię dostałam gratis. Na razie łykam kwas foliowy i żelazo, pije sok z buraków i jem szpinak. Ech...wczoraj język kołkiem uciekał mi do piwa...choćby mały łyk miodowego piwa...marzenie. Wielki tłum w mieście i zdziwienie znajomych, którzy mnie widzą- nic po Tobie nie widać, ąni odrobinki brzuszka. Już nie chce mi sie każdemu tłumaczyć, że kobiety z mojej rodziny rosną w ciąży w biodrach, a brzuszek widać im w szóstym albo siódmym miesiącu. Czasem to utrudnia życie. Nie mam siły czekać w kolejkach ale boję się, że jeśli upomnę się o mój przywilej usłyszę, że nie widać a to przywilej dla widocznej ciąży. Już raz tak usłyszałam...teraz czekam w kolejce. Nie mogę się denerwować ze względu na dziecko. Boli tylko obojętność i chamstwo niektórych starszych kobiet, które nie pomogą ciężarnej. Wiem, wyglądam bardzo młodo nie na swoje prawie trzydzieści lat...Ech. Na przekor ludziom ustępuje miejsca kobietom po których bardziej widać:D kocham patrzec na wściekłe miny reszty kolejki:D I nic tego nie zmieni. Dobra, dośc pisania, trzeba wziąć się do roboty i ogarnąć to wszystko.
poniedziałek, 08 marca 2010
Jestem wojującą feministką
Fajnie jest składac takie deklaracje- zwłaszcza w Dniu Kobiet. Bo w końcu trzeba udawać niezależną, pewną siebie i jędzowatą. A wszystko to po to, żeby nikt nie zorientował się, że tak naprawdę potrzebuje opieki, jestem słabą istotą, która wcale nie ma ochoty walczyć ale musi. Musi, bo inaczej nie będzie niczego nowego. Wlaczę na codzień- z dyskryminacją na drodze(bo baba), z różowymi ciuszkami dla mojej bratanicy, z niższymi niz kolegów zarobkami, z usmiechem politowania kiedy zaczynam buszować po dziale narzędzi w sklepie typu Castorama. Ech...Ale wiecie co Panowie??? Nawet mi , zaciętej feministce przyjemnie kiedy dostanę kwiatka od kolegi- niezalenie od okazji:) Jarek, Kuba- dzięki za miły gest- przywracacie mi nadzieję, że jednak ostatni gentelman nie umarł w średniowieczu:)
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Perspektywa płci
Dwie koleżanki z biura spotykaja sie po weekendzie. Jedna pyta drugą: -Jak Ci minął weekend? -Kiepsko, przyszłam w piątek z pracy, mąż wrócił, zjadł obiad, bzyknął mnie i poszedł spać. A ja było u Ciebie? -Cudownie. Wróciłam po pracy, a tu zapalone świece porozstawiane po całym domu, romantyczna atmosfera. Mąż zaprosił mnie na kolację, potem romantyczny spacer. W domu godzina gry wstępnej, potem godzina seksu, dlugi sen. -Szczęściara. Spotykają się mężowie tych kobiet jeden pyta drugiego: Jak tam weekend? -Świetnie! Wróciłem w piątek z pracy, zjadłem obiad bzyknąłem żonę i poszedłem spać. A Ty? -Daj spokój, wróciłem do domu, prądu nie było, musiałem porozstawiać w całym domu zapalone świece. Obiadu nie było jak ugotowac, to musiałem zabrać żonę do restauracji. Knajpa droga, spułkałem się z kasy, na taksę nie starczyło i musieliśmy wracać do domu na piechotę. Zmęczyłem się. W domu przez godzinę nie chciał mi stanąć, potem przez godzinę nie mogłem skończyć. A na koniec jeszze nie mogłem zasnąć. To się nazywa perspektywa płci:D
piątek, 06 listopada 2009
Telefon nie dla idiotów!
Czasami bywaja takie dni jak dzisiaj. Niby nic się nie dzieje w pracy a jednak cos szwankuje, jakies małe coś, co uwiera podsiadomość. Siedzisz w pracy, telefon za telefonem i w pewnym momencie nachodzi cię ochota wrzasnąć coś nieprzyzwoitego. I to nie dlatego, że własnie stało się coś złego. Masz ochotę wrzasnąć bo w swojej pracy właśnie trafiłeś na kolejnego typa bez elementarnej ogłady. Z racji swojego zajęcia dużo rozmawiam z ludźmi- głównie przez telefon. I nie ma dnia żebym nie trafiła na jakiegoś trola, któremu obce są zasady komunikacji telefonicznej. Odbieram telefon, mówię dzień dobry, nazwę firmy i przedstawiam się. I oczekuję tego samego od rozmówcy- który zwykle od razu przechodzi do swojego problemu. Pół biedy jak taki typ choć do widzenia/usłyszenia powie. Inni są jeszcze lepsi- zapisują bezpośrednio na uchu rozmowy podawany numer telefonu- bez wyłączania dźwięku na klawiturze, oczywiście; albo trzaskają słuchawką prosto w ucho bez powiedzenia dzień dobry. Albo głośno dopominają się mojego nazwiska, bo chcą zlożyć skargę do szefa (sami oczywiscie ani nazwiska, ani firmy- tkaim mówię stanowczo-przedstawiłam się na początku rozmowy). I ostatni typ asów kultury- ci, którzy mówią mi na ty choć nie widzieli mnie na oczy i brudzia ze mną nie pili. Tych nie lubię najbardziej. Sama pracuję w dużej firmie, gdzie wszyscy mówimy o siebie po imieniu. Ale o nasze wewnętrzne zwyczaje. Mogę być Asią czy Aśką dla współpracowników czy znajomych ale nie dla ludzi, których na oczy nie widziałam...Przyznaję rację temu, kto powiedział: Trzeba to bydło wychowywać, bo inaczej w tym kraju nidzie nie będzie normalnie.
czwartek, 09 lipca 2009
Ustawka do systemu
Jako szczęsliwa przyszła ciocia od czau do czasu z wielkim entuzjazmem odwiedzam sklepy z ubrankami dla maluchów. I jak do tej pory wszystko było ok. Śliczne malutkie buciki, kolorow śpioszki, pajacyki, frotte ręczniki i cała reszta dziecięcego oporządzenia. Aż do wczoraj, kiedy nieopatrzenie weszłam do jednego ze sklepów z rzeczmi dla dzieci od o do XXX lat(celowo pomijam nazwę, bo jeszze bym draniom reklamę zrobiła). Rozanielona weszłam między półki z wielki i małymi misiami, gadającymi zabawkami, grzechotkami na sznurku i całą resztą. Aż wreszcie doszłam do półek z wyraźnie zaznaczonymi róznicami: "Dla dziewczynek" głosił dumnie wielki, barwny napis. Spojrzałam bliżej. a tu płaczące laki, miniaturowe odkurzacze, żelazka, kuchenki, garnuszki i cała reszta stricte domowych zabawek. Każda okraszona radośnie uśmiechniętą dziewczęcą buzią. I jeden samotnie zabłąkany zestaw z napisem: Lekarz, zestaw dla dziewczynek". Tuż obok rozciągała się kraina zabawek dla chłopców: małych inżynierów, lekarzy, kierowców i strażaków. Poczulam jak ogarnia mnie wściekłośc na producentów zabawek, którzy jawnie promują seksizm i już małe dziewczynki próbują wstawić w szablon kury domowej, albo jak kto woli Matki Polki- w kuchni, przy garach z dzieckiem przy dziewczęcej kiecce, czekającej na rówieśnika-inżyniera, który wróci do domu żeby podała mu obiad. I gdzie tu miejsce na równouprawnienie, równe szanse na karierę i całą resztę, skoro od maleńkości uczy sie nasze dzieci, że świat dzieli się na mężczyzn budowniczych i konstruktorów i kobiety- ozdoby domu i strażniczki ogniska?!?!?!? A zabawki unisex nazywa się zabawkami edukacyjnymi, żeby uniknąć słowa koedykacyjne... Żenada. Może kiedyś doczekamy się dnia, kiedy pudelko z zabawkowym odkurzaczem czy kuchenką ozdobi też chłopięca buzia? Bo w końcu sprzątanie i gotowanie, to nie tylko kobieca domena.My też chcemy robić karierę. I wiecie co? Swoim dzieciom będę kupowała zabawki na przekór: resoraki córce, a synkowi odkurzacz- żeby wiedziały, że są równi. Całkowicie.
sobota, 14 lutego 2009
Moje miasta
Sporo ich w życiu miałam. Każde zupełnie inne, specyficzne. Z każdym związane inne wspomnienia, w każdym z nich kawałek mojej życiowej drogi. Szereguję je jedno po drugim. Zacznijmy od początku tak jest najłatwiej.
Żagań... Miasteczko dzieciństwa, perełka architektury na zachodniej granicy. Dawne księstwo żagańskie. To miasto, które pamiętam z najwcześniejszych lat. Ogromny park tuż za płotem, rzeka płynąca szerokim korytem, które przedziela na pół miasteczko. I pałac od którego dzieliło mnie zaledwie kilka kroków. Pierwsze dziecięce marzenia. Siadałam na dziedzińcu i wyobrażałam sobie, że jestem księżniczką, a to mój pałac. Do tej pory kocham widok, który rozciąga się z wysokiego tarasu dziedzińca. O każdej porze roku zupełnie inny. Pozostałości dawnego parku. Wytyczone zgrabnie alejki, gdzie biegałam jako dziecko na niedzielnych spacerach, zapierająca dech w piersiach panorama, która rozciągała się z tarasu obok tamy na rzece. Wstęga lśniącej w słońcu wody i odbicie kolorowych jesiennych liści. Głuchy huk, kiedy zimą saperzy wysadzali lód skuwający rzekę. Pierwsze przyjaźnie, pierwsze łzy upokorzenia, kiedy dzieciaki w szkole dokuczały grubej, spokojnej i mądrej dziewczynce. Pierwsza szczenięca platoniczna miłość do kolegi brata( spotkałam go niedawno, kiedy odwiedzałam mamę: wyłysiał, przytył, dorobił się dwójki dzieci...nie zostało w nim nic z chłopaka, na którego widok serce skakało mi jak oszalałe). Pierwsza gorycz porażki i pierwsza paczka dobrych znajomych, z którymi szaleliśmy na ogniskach. Wspólne wagary, śpiewy przy gitarze( że też sąsiedzi nie wyli ze złości słysząc po raz enty: „Chryzantemy złociste w półlitrówce po czystej....”). Połowinki, na których pulchna nastolatka utarła nosa wszystkim szkolnym pięknością, bo pojawiła się w towarzystwie najprzystojniejszego chłopaka w szkole. Potem pierwszy wielki bal w zamku, z przyjacielem. Po maturze pierwsza wielka miłość, która miała być wieczna a skończyła się po trzech latach łzami i zdradą. Toruń... Prawdziwa samodzielność. Pierwsze studia, samodzielne rządzenie pieniędzmi, kompletnie nowi, nieznani ludzie. Nowe, piękne miasto, którego bulwarami włóczyłam się kiedy dopadał mnie tęsknota za starymi kątami. Płatki śniegu wirujące w świetle latarni na ul. Szerokiej, most na Wiśle, którym szło się bez końca. Wykłady, ćwiczenia, sprawdzian z samodzielności i prawdziwa lekcja życia, po której został mi sentyment do toruńskich pierniczków i bulwaru Filadelfijskiego. I przyjaciółka, z którą mimo upływu czasu wciąż mam świetny kontakt. Zielona Góra.... Drugi etap drogi do dorosłości. Pierwsze imprezy do rana, szaleństwa po klubach, studencie życia na pełnych obrotach. Praca w barze, potem przygoda z radiem. Miłosne podboje, noce zarwane w czasie sesji. Paczka przyjaciół, która nie rozpadła się zaraz po obronie. Ludzie, których kocham za życzliwość. Winobranie, studenckie Bachanalia, ulubiony klub. Stukot wysokich obcasów pod Filarami. Winne Wzgórze, spacery po starym mieście. I moja wielka miłość, spotkana przypadkiem w klubie. Obrona, pierwsza dorosła praca, na pełnym etacie. Powoli budowana własna niepodległość. Dom, mężczyzna, kot. Ciepły obiad na stole, osoba, z którą budzę się co rano i zasypiam co noc. Kawa z przyjaciółkami. Całe moje życie. Mam jeszcze wiele moich miast: Poznań, Wrocław, Białystok, Warszawę...każde z nich jest na swój sposób moje. Naznaczyło moje życie specyficzny sposób. Wniosło coś nowego, nauczyło jak żyć. Ale te trzy sa dla mnie najważniejsze.
czwartek, 15 stycznia 2009
Gorzki smak porażki
No i stało się. Potknęłam się już dwa razy. Ja, tak bardzo wypieszczona przez los- ani jednej sesji poprawkowej, egzaminy zawsze w pierwszym terminie: te trudne, zdawane u wymagających profesorów na piątki, i te dziwne, z ogromem materiału zdawane z pomocą ogromnego szczęścia i własnej erudycji. Praca magisterska napisana szybko i dobrze, wzorowa obrona(na 5, a jakże!). A tymczasem rozbiłam się o państwowy egzamin na prawo jazdy. I to już drugi raz. Teoria poszła jak po maśle- bezbłędnie, szybko i precyzyjnie. Potem plac- gładko jak po wyglansowanej łysinie, górka- bez obsuwy i wreszcie miasto. Za pierwszym razem poległam na wymuszeniu pierwszeństwa. Klasyczny lewoskręt w wydaniu egzaminacyjnym w 30 minucie egzaminu, kiedy wracałam już do WORD-u. No i dzisiaj, porażka numer dwa. Wczesna pobudka, ciężkie myśli i jakiś paniczny lęk. Pojechałam do ośrodka strasznie stremowana. Czekałam godzinę, wrescie usłyszałam przez megafon: Pani Joanna S...proszę na plac, grande numer 5(jest jedno, więc już się z nim na poprzednim egzaminie zdążyłam zaprzyjaźnić;[). I znów to samo. Na spokojnie obsługa techniczna, światła, łuk i górka. Miasto wzorowo...i nagle- prosze zawrócić w dozwolonym miejscu. I paraliż. Za drugim razem to samo:((( Po prostu strach mnie sparaliżował, i nagle nie wiedziałam czy mogę tu zawrócić, czy nie( a kurde podświadomie coś krzyczało: zawracaj kobieto, możesz tu zawrócić!!!!). No i dupa blada, wszystko dobrze, ale dwa razy nie wykonałam polecenia egzaminatora. A tak na magrinesie. Egzaminator był naprawdę bardzo miły i sympatyczny, i nie chciał mnie ulać, było mu przykro, ze tak wyszło. Sama sobie jestem winna. Tak, cieszcie się hieny! Ja taka wypieszczona, przyzwyczajona do samych błogosławieństw losu nie zdałam egzaminu. I to z własnej winy;] Więc: do trzech razy sztuka!
piątek, 02 stycznia 2009
O klasę wyżej
A miało być tak pięknie. Duza impreza Sylwestrowa w Naszy wspólnym domu, grono sprawdzonych znajomych. Zapowiadało się nieźle. Pojawili się, wyręczyli mnie w kuchni. Goście zaproszeni na prośbe kolegi, który za nich poręczył. Potem przyszli moi przyjaciele. I zgrzyt. Bo my inaczej niż oni imprezujemy. dla nas impreza w domu nie kończy się dziką alkoholową orgią i pawiem, po zbyt szybko pitych kolejkach. Nie wariujemy tupiac sąsiadom nad głowami w wariackim pogo. Inny styl po prostu. Kolega, który za nich poręczył zawstydzony ich zachowaniem zabrał całe towarzystwo z naszego domu. Przeprosił kilka razy za ich zachowanie, za brak szacunku dla stylu zachowania gospodarzy. Wychodzili nie patrząc nam w oczy, wychodzili balować i pić do upadłego "na mieście". I tylko kilka osób stać na przeprosiny. Adaś, którego "dobrzy" koledzy próbowali nauczyć pić, i którego z uporem maniaka broniliśmy od tych prób; Janek, który z uśmiechem wpasował się w naszych przyjaciół Kasia i Kamil, dla których to zachowanie było po prostu żenujące i Andrzej z Gosią- zakłopotani, bo czuli się winni za tych, za których poręczyli swoim słowem. Wyszli a my spokojnie szukaliśmy przyczyn tego, co sie stało. Została nas grupka zaufanych, zaprzyjaźnionych ludzi. Cztery pary, które mają sporo wspólnego. Cztery kobiety, które przyjaźnią się od studiów i wciągnłęy do tego swoich mężczyzn. Podobna klasa w sposobie bycia. Jeśli sylwestrowa "domówka" to panowie w koszulach i marynarkach, panie w sukienkach. Jak pić, to z klasą- dla humoru i zababwy, nie dla samego picia. Styl życia. Każdy pracuje, ma marzenia, plany, dąży do czegoś. I właśnie taki styl życia chciał pokazać swoim znajomym kolega. Nie wyszło. Trudno. Zostaną tacy, jacy są- bez perspektyw, w wynajętym od zawsze mieszkaniu, z ciągotkami do alkoholu. A my pójdziemy inna drogą. Inna klasa ludzi, zupełnie inny styl. Bo tak nas wychowano.
niedziela, 28 września 2008
Jej Jędzowatość
Jędzowatość wychodzi ze mnie wszytkimi porami skóry. W pociągu opieprzyłam konduktora- tłok jak cholera, a rodzice z malutkimi dzieciakami stoją w przejściu przy WC. A w przedziałach dla matek z dziećmi( swoją drogą, powinno być dla rodziców, z dziećmi, bo napis "dla matek" dyskryminuje ojców), rozwala się towarzystwo. Konduktor dostał opr, a mamuśki miejsca siedzące. Opłaciło się byc jędzą:P. Młode dziewczę z walizką wielkości szafy też swoje dostało- za brak pomyslunku. Grunt, że ona posadziła swoje 4 litery. A ty przygodny podróżny stój albo fruń nad walizą małolaty. Skrzdełka mi jeszcze nie wyrosły, więc małlacie dostał się opr, za rozwalanie się w przejściu- poskutkowało, zabrała graty z przejścia. I wciąz się dziwię, dlaczego mężczyźni mnie podrywają, i mówią, ze jestem miła. O święta naiwności:P | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||